czwartek, 7 sierpnia 2014

Maturalna klęska ale czego?


Media pełne są alarmujących tytułów o maturalnej  matematycznej katastrofie, ministrowie się spotykają, oskarżają  oraz straszą uczniów i nauczycieli - postulując karne ich (nauczycieli) przeszkolenie. Pojawiła się nawet teoria niedobrego czy wręcz fatalnego aktualnego rocznika maturzystów. Tymczasem poniósł owszem klęskę niesłychanie toporny, zamrożony praktycznie w początkowym stanie, polski system maturalny.

Oczywiście o edukacji matematycznej w Polsce warto dyskutować, ale niższy w stosunku do poprzedniego roku aż  o 10% odsetek tych, którzy ją zdali i jak również niższe średnie wyniki tegorocznej matury z matematyki z tą edukacją nie mają nic wspólnego.

 

Obecny rocznik maturzystów niczym się od paru poprzednich nie różni. Uczony według tych samych programów co poprzednie, przez tych samych nauczycieli, przy pomocy tych samych podręczników nie może  pod względem matematycznych umiejętności odbiegać od poprzedników w sposób statystycznie istotny.

Cóż więc się stało, że około 30 tys. maturzystów będzie miało, w najlepszym razie, zmarnowane wakacje?

     Matematyczna klęska zagłuszyła inne głosy krytyczne, popularne po maturze w ubiegłym roku. Autorzy ich dowodzili, że matura zewnętrzna jest zła z samego założenia i lepsza być nie może. Generuje liczne negatywne zjawiska od schematyzowania myślenia koniecznością „wstrzeliwania się” w klucz po „testomanię”, w której nauczyciele i uczniowie uczą się i ćwiczą wyłącznie to, co im do zdania egzaminu będzie potrzebne. Wszystko to jest prawda, ale uwagi i zastrzeżenia są słuszne przede wszystkim w stosunku do aktualnej wersji takiego egzaminu, funkcjonującej w naszym kraju.    

      Mam tu niejakie porównanie, bowiem od 1994 roku pracowałam w programie Międzynarodowej Matury (IB), a jako dyrektor warszawskiego II Liceum im. Stefana Batorego wprowadziłam ten program do swojej szkoły w roku 2004. Miałam też do czynienia z systemem (właściwie systemami) brytyjskim, australijskim oraz amerykańskimi SAT i Advanced Placement (w USA generalnie nie ma matury).

            Polska matura jest to bowiem system niesłychanie toporny i ubogi zarówno pod względem proceduralnym jak pod względem możliwości wykazania się umiejętnościami, stwarzanych zdającym. Niezbyt też się przejmuje ich losem. Nie widać w nim również, a ma już sporo lat, ani chęci ani działań na rzecz realnego samodoskonalenia.

      

Gdy, wtedy jeszcze nowa, matura powstawała, do jej organizacji wzięło się  pospolite ruszenie urzędników oświatowych różnych szczebli oraz pracowników naukowych, którzy z zewnętrznymi egzaminami wtedy żadnych praktycznych doświadczeń nie mieli.

W tym samym czasie w Polsce były już szkoły i nauczyciele z praktycznymi doświadczeniami, poza maturą IB, z systemami brytyjskimi, amerykańskimi, francuskimi czy hiszpańskimi. Nikt do tych doświadczeń oficjalnie nie sięgnął. Cały ten ogromny system egzaminacyjny stał się, szczególnie po trafieniu do niego wielkich funduszy unijnych, źródłem stosunkowo wysokich dochodów znacznej grupy swoich pracowników i zewnętrznych ekspertów. Sprawiło to, że spetryfikowane zostały rozwiązania wprowadzone przy wdrażaniu systemu. Każda zmiana bowiem może naruszyć interesy większych lub większych grup.

  Tak otrzymaliśmy maturę 2014 i „matematyczną katastrofę”.

    Nie istnieje praktyczna możliwość stworzenia arkuszy egzaminacyjnych o identycznym stopniu trudności. Czasem też w systemie egzaminacyjnym dokonuje się większych lub mniejszych zmian. Wszystko to powoduje różnice w średnich procentach zdobytych punktów pomiędzy poszczególnymi rocznikami lub, co często ważne w rekrutacji, przedmiotami.  

Dlatego w znanych mi systemach egzaminacyjnych przelicza się uzyskane procenty punktów na oceny lub uniwersalną punktację, uwzględniając statystykę otrzymanych wyników. Na przykład, w szalenie uproszczonym modelu, 10% najlepszych maturzystów otrzymuje ocenę A, kolejne 10% - B itd., a 10 % najsłabszych nie zalicza. Poziom rzeczywistych umiejętności dużych populacji uczniów z roku na rok niewiele się zmienia. Dzięki temu nie ma w rekrutacji na uczelnie pokrzywdzonych względnie trudniejszym w danym roku egzaminem z danego przedmiotu.

      Tegorocznym polskim maturzystom zdarzył się właśnie taki przypadek. Autorzy arkuszy egzaminacyjnych nieco zmienili formę zadań, trochę zwiększyli pracochłonność niektórych (nawet w liceach znanych z wybitnie zdolnej młodzieży i szalenie wysokiego poziomu matematyki  tym razem praktycznie nikt nie wyszedł z matury wcześniej niż na kwadrans przed końcem!), no i stało się to, co się stać musiało! Oczywiście procenty zdobytych punktów znacznie spadły. I mamy problem! Maturzyści, którzy zdali, mogą się  obawiać konkurencji starszych roczników z łatwiejszymi maturami na atrakcyjnych kierunkach. Problem mają też polscy uczniowie, aplikujący na czołowe uczelnie zagraniczne, którzy nie byli w stanie spełnić oferowanych warunków. Dla nich ma wielkie znaczenie różnica pomiędzy np. 85% a 90%. Najgorzej jednak wyszło na toporności ustalania końcowych wyników około 30 tys. maturzystów, którzy matury nie zdali, bo również sztywny jest próg procentowy 30% możliwych do zdobycia punktów. Te 30 tysięcy prawdopodobnie niczym  nie różni się umiejętnościami od „dolnych” 30 tysięcy, którzy w ubiegłym roku zdali maturę z matematyki. W ten sposób system, który ma zapewniać porównywalność ocen, dał właśnie pokaz wyjątkowo niesprawiedliwej nieporównywalności. Gdy w Polsce wprowadzano ówczesną nową maturę, statystyczne podejście do przeliczania surowej punktacji na oceny czy uniwersalną skalę punktową było już w krajach rozwiniętych standardem. Gdyby ono funkcjonowało dziś u nas, maturzyści, po początkowym strachu, pewnie by tej drobnej zmiany w wyglądzie matury z matematyki nie odczuli.

     Dla maturzystów, którzy otrzymali mniej punktów niż oczekiwali i potrzebowali, wyjątkowo bolesny będzie jeszcze jeden ważny element maturalnych procedur.  Jest to brak prawa odwołania się od oceny egzaminatora. W przypadku ewidentnych błędów kancelaryjnych, np. w zliczaniu punktów w arkuszu, OKE może (!) uznać swój błąd. Od merytorycznej oceny odwołania nie ma. Tak więc mamy w systemie edukacji swoisty paradoks. Uczeń otóż może się odwołać od, mającej wyłącznie ambicjonalne znaczenie, np. czwórki z Wiedzy o Kulturze w pierwszym semestrze  klasy I LO. Nie może zaś od, mającej dla niego życiowe znaczenie, oceny maturalnej. Nie znam systemu egzaminacyjnego w cywilizowanym  świecie, w którym nie byłoby możliwości odwołania się.  

           Ogromną wadą naszej matury jest jej niesłychane ubóstwo merytoryczne.  W polskich szkołach maturalnych uczy się już około 90% rocznika – dużo więcej niż docelowe(!) wskaźniki w UE. To populacja o ogromnie zróżnicowanym potencjale oraz planach życiowych. Nasz system ma maturzystom do zaoferowania zaledwie dwa poziomy  z każdego przedmiotu (przy ich niewielkiej liczbie), a w planach jest dalsze ograniczenie i zubażanie (np. liczby poziomów z przedmiotów do wyboru czy  matur dwujęzycznych). Tymczasem, szczególnie w przypadku  najbardziej masowych, obowiązkowych (u nas) przedmiotów, na świecie maturzysta ma do wyboru po kilka poziomów albo modułów. To oznacza, że na poziomie najniższym zdaje się np. bardzo elementarną matematykę, ale na najwyższym – całki, pochodne, szeregi i równania różniczkowe, macierze,  zaawansowany rachunek prawdopodobieństwa i statystykę etc. W takim programie Międzynarodowej Matury(IB) poziomów matematyki jest aż 5. Podobnie jest z językami obcymi.   Oczywiście na tych najwyższych poziomach zdaje 1-4% populacji maturzystów, ale dzięki temu można im zapewnić odpowiednio wykwalifikowanych i doświadczonych egzaminatorów. Jednocześnie są to akurat ci maturzyści, którym głęboka znajomość matematyki jest naprawdę niezbędna w ich studiach i przyszłej pracy oraz rozwoju zawodowym. W Polsce na  poziomie podstawowym zdają matematykę zarówno kandydaci na mniej wymagające kierunki techniczne czy ekonomiczne jak i ci na polonistykę, do szkół teatralnych etc. Dla pierwszych jest ona merytorycznie zdecydowanie niewystarczająca, podczas gdy dla drugich – za ambitna i mało użyteczna. Gdyby w Polsce był jeszcze trzeci, najwyższy poziom matury z języka polskiego, to pisałoby go kilka-kilkanaście tysięcy zdających – tych najambitniejszych, najbardziej twórczych i planujących karierę humanisty,  którzy są szczególnie poszkodowani masową, schematyczną maturą „pod klucz”.  Przy takiej ilości zdających na najwyższym poziomie ci najambitniejsi mogliby np. sobie wybierać z kilku temat rozbudowanego wypracowania, a  wyselekcjonowani egzaminatorzy mogliby je oceniać w parach, niezależnie od siebie, a trzeci, jako superrecenzent w przypadku większych rozbieżności.

      Przy milionach rocznie sprawdzanych arkuszy, przy tysiącach przygotowywanych muszą się zdarzać wpadki. Nie ma na to rady! Tyle, że gdzie indziej są na  typowe przypadki (błąd w arkuszu egzaminacyjnym, zaginięcie lub zniszczenie arkusza bądź jego części etc.) odpowiednie procedury. Np. unieważnienie jakiegoś zadania nie powoduje, jak u nas, że wszyscy, na polecenie aż ministra, dostają za nie maksimum punktów (co jest krzywdzące dla dobrych i niesłusznie premiuje słabeuszy), tylko każdy dostaje automatycznie punkty proporcjonalnie do wyniku z pozostałych zadań.

      Przedstawiłam tu największe, moim zdaniem, „grzechy” polskiej matury i problemy z nią związane. Jest ich i spraw dyskusyjnych oczywiście więcej – terminy (nowa matura „żyje” terminami starej) przeprowadzania i sprawdzania; użyteczność i terminy subiektywnych ustnych komponentów matury; nieuznawanie, mimo jednolitej europejskiej skali poziomu znajomości języków obcych, egzaminów przeprowadzanych przez instytucje stosownych krajów (choćby FCE, CAE i CPE!) ; miejsca matury w systemie rekrutacji na, szczególnie najlepsze, polskie uczelnie; miejsce wyników matury i, generalnie, egzaminów zewnętrznych w systemie oceny jakości pracy i nauczycieli; efektywność polskiego „skoszarowanego” systemu sprawdzania matur; powiązanie systemu maturalnego z szerszym obszarem szkolnej edukacji i wychowania. Wszystkie one warte są szerokiej, i to publicznej, dyskusji, jeśli nasz system maturalny ma spełniać cele, dla jakich jest przeznaczony i finansowany przez podatników.

 

Małgorzata Żuber – Zielicz

Przewodnicząca Komisji Edukacji i Rodziny

Rady m. st. Warszawy

Sekretarz Towarzystwa Szkół Twórczych

P.S. Powyższy tekst wyraża moje osobiste opinie, a nie opinie Komisji, której jestem przewodniczącą.

   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz